DOKĄD ?



         Na archaicznym gramofonie szumiała stara wysłużona płyta, z której dawno niemodny piosenkarz śpiewał o miłości i o szczęściu. Chybotliwe płomyki świec rzucały długie cienie, przesycając zadymiony pokój zapachem stearyny. Kilka dni temu przyjaciele namówili go, by raz, dla odmiany, urządzić "prywatkę" w scenerii sprzed pięćdziesięciu lat. Goście już się rozeszli, umilkły rozmowy; został sam, twarzą w twarz z atmosferą, którą niewielkim trudem wydobył ze swego mieszkania. Otoczony masywem ciemnych mebli, pod kutą latarnią zawieszoną na oksydowanym łańcuchu, patrzył na wirującą płytę, z której blask świeczki dobywał tęczowe refleksy. Znad powywracanych butelek lśnił mętnie polerowany mosiądz i wśród tytoniowego dymu kłębiły się myśli falą leniwą, ciężką i chaotyczną.

         Wszystkiemu winien ten gramofon - idiotyczny zabytek wyciągnięty ze strychu dla "uświetnienia wieczoru". Pary tuliły się w rytm starych tang, a on siedział z boku, napełniał kieliszki, patrzył. Wyczarował oto atmosferę, którą jego dziadkowie wspominaliby z łezką wzruszenia w oku; koledzy gratulowali mu pomysłów - lubił ten zapomniany dawno styl i zawsze marzył, że wyda kiedyś "bal przy świecach". A wiec płonęły świece i kołysała się mosiężna trąba gramofonu, strugą płynęło tanie wino i brzęk toastów napełniał pokój migotem szkła i oparami alkoholu. Patrzył na czarną draperię na ścianie, na imitujące heban fotele, wśród czerni i mosiądzu czuł się wybornie - jeszcze przed chwilą.
     A teraz świece dogasały zwolna, topiąc się z sykiem w głebinie lichtarza, tylko latarnia świeciła jeszcze jasno, rzucając cień swoich krat na zarysowany sufit. Z kątów ziało pustką i chłodem, bo piec dawno wystygł i wino wywietrzało z głowy. Myśl jakaś kołatała się nieznośnie - Iść! - i pytał sam siebie - dokąd? Nie wiedział. Nie było dokąd. Skulił się tylko w fotelu słysząc, jak wiatr łomocze okiennicą. Nienakręcony gramofon patrzył na niego błyszczącym gardłem swojej tuby. - Za lat pięćdziesiąt - pomyślał - nasze rozwrzeszczane magnetofony będą tym samym, czym dzisiaj ten grat... - i bardzo żal zrobiło mu się wysłużonego gramofonu. Wstał, przetarł chustką zakurzoną płytę. Jęknęła sprężyna i Fogg zanucił ochryple "Co nam zostało z tych lat..." Latarnia świeciła resztką wosku; zapalił papierosa i oświetlona smuga dymu wydała mu się długą a nieznaną drogą, której kres zlewał się w mgłę i niknął. - Szlak mego życia... - pomyślał - kazali mi nim iść... więc idę... Dokąd? Nie wiedział. Nigdy nie wiedział, dokąd. Żałował przemijania - że jest - i chętnie zatrzymałby wszystkie zegary, gdyby to coś pomogło. Ale matowe wahadło kołysalo się nieustannym rytmem w ostatnim blasku gasnącego knota i srebrzona wskazówka sunęła cicho po spękanej tarczy. Więc - nie po raz pierwszy - czuł, że jego los jest drogą, ktorą idzie tylko dlatego, że tak mu kiedyś kazali...





(14.III.1966; 3.48)