ODWILŻ



         Raz na rok zdarza się taki wieczór... Powieje z zachodu ciepły wiatr, termometr podskoczy o parę stoponi. Wystarczy wtedy wytknąć głowę za okno, a już ciągnie coś - w wilgotny mrok, w głąb otulonego mżawką miasta. Pod nogami chlupie szary, topniejący śnieg, rynny zachłystują się spływającą z dachów wodą, a ulicami przeciąga ciepły powiew odwilży, rozlewając nad miastem subtelną, ale wszechogarniającą radość. Lampy rozpylają blask w kropelkach wody; można tak iść i iść bez końca, przez pełne mokrych świateł szerokie miejskie arterie i przez zaułki willowej dzielnicy, gdzie na ostatnich gazowych latarniach kurczą się zielonkawe sople lodu i i nielicznym przechodniom leją wodę za kołnierz... Iść przez rozchlapane chodniki, pod ociekającymi wodą drzewami, wdychać ciepłą wilgoć i cieszyć się - nie bardzo nawet wiedząc, z czego. Bo wtedy sączy sie w żyły szeroki oddech swobody i ciągnie w głab tej marcowej nocy, przez wciąż nowe ulice, dalej, dalej, właściwie nie wiadomo, dokąd...
   Więc idzie się tak, póki do cna nie przemokną buty, dopóki nie zabolą nogi.

         A potem czeka się znów - cały rok - na ów dyskretny zew, który przychodzi do nas z wiosną, z topniejącymi śniegami odwilży...





(II.1965-III.66)