ZACHÓD



         W prostokątnych ramkach okna, z drugiej strony zakurzonych szyb kończył się krótki listopadowy dzień; gasł purpurową zorzą na zębatym horyzoncie miasta. Zwyczajny obrazek przemysłowego przedmieścia - kilka fabrycznych kominów, czarne, ostro zarysowane kontury dachów, kratownica gałęzi przydrożnego drzewa. A za tym wszystkim czerwień, szkarłatne niebo, bo słońce już zaszło, zostawiając ognistą rzekę. Cisza, tylko równy, daleki pomruk maszyn, czasem gwizdek parowozu; dymy z kominów snuły się bezgłośnie, równymi smugami, na żelaznych masztach rozpięte druty - niby czysty papier do nut - i chciałoby się na nim zapisać melodię tego wieczoru, delikatną jak kreski gałązek, nagich, bezlistnych, lekko poruszanych wiatrem, i jak pasemka dymów zwiewną, nieuchwytną, daleką... Przyszła z nikąd, cichutko, z jakąś nieznaną tęsknotą, - i właściwie dlaczego? - przecież taki zwyczajny pejzażyk... Setki razy widziany przez to samo okno, ten sam od lat, aż raptem własnie teraz... Czy to nie dziwne, że można tęsknić za niczym? Wspaniałe, czerwone niebo...

         Otwarłem okno. Powiało jesiennym wiatrem i pyszna purpura zachodu okazała się chłodna, kamiennie chłodna. Coraz mocniej czerniały cienie i fiolet spływał z góry niedostrzegalnie, powoli, ostatnie pasmo dnia tężało i stygło, jak dogasające węgle. Nie śmiałem zamknąć okna... i nie wiedziałem sam, czy patrzyłem na zachód, czy na proroctwo mojego życiorysu...





(7.III.1966; 3.oo)